Zdjęcia z podróży  

Mój pobyt w USA

21.06-30.10.1999



Wyjazd do USA Work & Travel

Miejscem kończącym ekscytującą podróż poprzez ocean była mała miejscowość Wiscasset w północnym stanie Ameryki Maine. Okoliczna przyroda w pełni uzasadnia stwierdzenia tamtejszych mieszkańców o tym, że mogłaby to być część Kanady. Lasy zdominowane przez sosny i świerki były wszędzie. Zdawały się wdzierać również do miasteczek, ukrywając domy w gęstwinie potężnych drzew. Nic zatem dziwnego w tym, że najbardziej rozwinięty był tam przemysł drzewny. Oprócz tego skrzętnie wykorzystano walory przyrody i dzięki temu można spotkać tu ludzi ze wszystkich stron świata. Turystyka kwitnie.
Wiscasset stara osada położona nad zatoką rzeki Sheespscot w niczym nie potwierdza wyobrażeń jakie posiadamy na temat Ameryki. Miasteczko położone wzdłuż drogi prowadzącej do oceanicznego obleganego kurortu Boothbay Harbor, mogłoby być niezauważone przez statystycznego turystę. Dla niestatystycznych do dyspozycji pozostaje kilkanaście malowniczych uliczek, stare drewniane domy pomalowane na biało z wielkimi tarasami, gęste zielone trawniki, kwiaty, krzewy i majestatyczne drzewa. Historia Wiscasset rozpoczyna się w 1663 r. kiedy zaczęli się tu osiedlać emigranci z Europy. Miasteczko zaistniało jako centrum budowy statków oraz punkt załadunkowy drewna sosnowego z ponad 30 własnymi jednostkami morskimi. Obecnie niewiele pozostało z tamtych lat. Dzisiaj zatoka jest domem dla rybaków i ludzi szukających rozrywki na wodzie.
Władze miasta dokładają starań, aby nie zakłócać dawnej atmosfery miasteczka. Nie znajdziemy tutaj bilbordów czy neonów. W centrum Wiscasset znaleźć można pięć muzeów, kilkanaście sklepów z antykami, trzy drewniane kościoły ze strzelistymi wieżami i dwie galerie obrazów. Czas zatrzymał się tutaj kilkadziesiąt lat temu. Miasteczko uznane zostało najlepiej zachowaną osadą typową dla Nowej Anglii oraz widnieje na liście National Register jako zabytek amerykańskiej kultury. Drewniane, majestatyczne wille kapitańskie wybudowane w XVIII w. i na początku XIX w. na ulicy High wraz z wielkimi drzewami pamiętającymi dawne czasy tworzą unikalny klimat. Przyjeżdżających ludzi wita napis "Welcom to Wiscasset the prettiest village in Maine". Ja przeżyłem tutaj 4 fascynujące miesiące. Dlaczego? Bo nie brakowało tutaj miłych i interesujących ludzi, znalazłem kilka dzikich miejsc gdzie cywilizacja ludzka nie wywarła jeszcze swojego piętna.

Większą część czasu spędzałem w pracy, w jednym z tamtejszych muzeów prezentującym pokaźny zbiór pięknych pozytywek. Zwiedzanie było niezwykłe. Uczestnik nie tylko oglądał eksponaty i słuchał historii mniej lub bardziej prawdziwych, lecz sam mógł cieszyć się muzyką płynącą z muzealnych sprzętów. Po prezentacji zapraszano gości do sklepu gdzie mogli rozpocząć własną kolekcję pozytywek. Wybór szeroki od małych szkatułek do drewnianych pudełek (popularne wykonane przez górali z Tatr) z mechanizmami grającymi 2 lub 3 fragmenty utworów. Polskich akcentów w muzeum nie brakowało. Ceniony w Ameryce Paderewski ze swoim Menuetem, był szlagierem granym przez automatyczne pianino Ampico podczas prezentacji. Popularnym motywem w pozytywkach był Polonez Chopina znany przez Amerykanów pod tytułem "Till end of time".

Lato w Maine jest bardzo podobne do polskiego. Temperatury powyżej 300 C uznaje się za wysokie i z reguły nie trwają dłużej jak dwa tygodnie w sezonie. Zdarzają się dni o wielkiej wilgotności, lecz i one są rzadkością. Temperatura wody w oceanie i zatokach jest nie wysoka, a to za sprawą zimnego prądu morskiego Golfstromu. Wybrzeże skaliste, brak piaszczystych plaż oraz niewysoka temperatura wody ,a zdarza się, że liczba turystów przewyższa liczbę mieszkańców całego stanu. Atrakcją tutaj jest świetnie zachowana przyroda, oraz dobrze rozwinięta baza turystyczna. Nikt nie może przegapić okazji przepłynięcia się żaglowcem wokół wielu wysp. W jednym z periodyków skierowanych do turystów można przeczytać "...aby poznać Maine trzeba zobaczyć ląd ten z perspektywy łodzi". Miałem okazję uczestniczyć w krótkim dwu godzinnym rejsie żaglowcem między skalnymi wyspami zamieszkiwanymi przez ptactwo morskie. Wiele starych latarni morskich, zdaje się mówić o trudnościach w żegludze po tych akwenach, one też stają się punktem zainteresowania turystów. Moja ulubiona znajdowała się na cyplu zwanym Pemeqiut. Nazwa ta była jedną z nielicznych pozostałości po rodzimych mieszkańcach tej ziemi, czyli Indianach. Latarnia położna tuż nad skalnym wybrzeżem, wysoka, z budynkiem mieszkalnym tworzyła biały kompleks ostrzegający ludzi morza. Tam właśnie, po raz pierwszy zobaczyłem z bliska ocean. Wielki huk fal roztrzaskujących się o skalne wybrzeże - niezapomniana chwila.
Któż nie marzy o tym, aby zobaczyć wieloryby w ich naturalnym środowisku. Tutaj można wybrać statek, którym chce się płynąć, a właściciel da gwarancję zwrotu pieniędzy w razie fiaska wyprawy. Aby zobaczyć wieloryby trzeba wypłynąć poza pas wysp. Intuicja kapitana i osoby objaśniającej zachowania tych wielkich ssaków pozwalają nam zobaczyć niejednego wieloryba. Wynurzają się co 5-7 min, aby zaczerpnąć powietrza i dalej żerować. Każdorazowe wynurzenie ssaka witane jest okrzykami radości turystów.
Impulsem do wypraw rowerowych stał się magazyn propagujący zalety turystyczne regionu Down East. Jedna z tras tam opisanych rozpoczynała się w Wiscasset. W dzień wolny od pracy postanowiłem odbyć tę trasę. Leśna trasa wiodła spokojnymi, cichymi drogami pagórkowatego terenu. Gdyby nie sportowy przystosowany do jazdy szosami rower nie raz musiałbym podać się i prowadzić rower przy pokonywaniu większych wzniesień. Dzięki tym wyprawom odwiedziłem kilka małych wiosek jakże różnych od naszych polskich. Na biało pomalowane domy, wielkie trawniki z nienagannie przystrzyżoną trawą, kwiaty, ciekawie przystrzyżone krzewy oraz dekoracje ze starych rolniczych sprzętów. Zastanawiałem się gdzie są prawdziwe amerykańskie farmy? Podczas pierwszej wyprawy trafiłem na przydrożną polanę otoczoną lasem. Znajdowało się tam kilka żelaznych figur. Pierwszy Don Kichot na koniu z kołami zamiast nóg. Tuż obok dwa miecze pokaźnych rozmiarów, przywołały skojarzenia z historią Polski. Jeszcze kilka dziwnych maszyn, których zastosowania nie mogłem się domyśleć. Wszystko ustawione na postumentach, pokryte rdzą, lecz trwa na ścieżce prowadzącej do nich przystrzyżona. Żadnej posesji w pobliżu tylko ustawiona typowa amerykańska skrzynka na listy, a na niej wielki napis MAJOROWICZ. Tak, tak to nasz rodak. Informacje potwierdziła sprzedawczyni najbliższego sklepu gdzie wpadłem wielce spragniony i w ojczystym języku porosiłem o coś do picia. Obcokrajowcy zawsze wywołują zainteresowanie, więc spędziłem kilka minut na rozmowie o polskich emigrantach w tych stronach. I tak prawie każda rowerowa wycieczka dostarczała mi nowych wrażeń.
Wspomnę jeszcze publiczną czytelnię w Wiscasset, która przez te miesiące stanowiła moje okno na świat. Było tam ogólnie dostępne stanowisko komputerowe z możliwością korzystania z internetu. Sama biblioteka fenomenalnie wyposażona: książki, gazety i czasopisma - chyba wszystko co Amerykanin chciałby przeczytać.. Przeogromna ilość woluminów spowodowała, że poniosła mnie fantazja i rozglądałem się za jakimś polskim tytułem. Dodatkowo wypożyczalnia kaset video i audio, a najwyższe piętro przeznaczone na starodruki. Nic dziwnego że na otwarcie biblioteki zawsze ktoś oczekiwał. Uwagę zwraca ogólnie panujący porządek i wielka kultura panująca w ruchu drogowym. Dla tych, którzy cenią sobie spokój, piękno przyrody życzliwość ludzi ,stan Maine wydaje się być idealnym miejscem do wypoczynku. Wszystkim studentom polecam skorzystanie z programu "Work & Travel", dzięki któremu miałem szansę zobaczenia Ameryki.

Autorem niniejszego tekstu oraz załączonych zdjęć jest: Maciej Jasek


m_jasek@yahoo.com

Strona utworzona dnia 24-11-1999