Wyjazd
do USA Work & Travel
Miejscem
kończącym ekscytującą podróż poprzez ocean była mała miejscowość Wiscasset w
północnym stanie Ameryki Maine. Okoliczna przyroda w pełni uzasadnia stwierdzenia
tamtejszych mieszkańców o tym, że mogłaby to być część Kanady. Lasy zdominowane
przez sosny i świerki były wszędzie. Zdawały się wdzierać również do
miasteczek, ukrywając domy w gęstwinie potężnych drzew. Nic zatem dziwnego w
tym, że najbardziej rozwinięty był tam przemysł drzewny. Oprócz tego skrzętnie
wykorzystano walory przyrody i dzięki temu można spotkać tu ludzi ze wszystkich
stron świata. Turystyka kwitnie.
Wiscasset stara osada położona nad zatoką rzeki Sheespscot w niczym nie
potwierdza wyobrażeń jakie posiadamy na temat Ameryki. Miasteczko położone
wzdłuż drogi prowadzącej do oceanicznego obleganego kurortu Boothbay Harbor,
mogłoby być niezauważone przez statystycznego turystę. Dla niestatystycznych do
dyspozycji pozostaje kilkanaście malowniczych uliczek, stare drewniane domy
pomalowane na biało z wielkimi tarasami, gęste zielone trawniki, kwiaty, krzewy
i majestatyczne drzewa. Historia Wiscasset rozpoczyna się w 1663 r. kiedy
zaczęli się tu osiedlać emigranci z Europy. Miasteczko zaistniało jako centrum
budowy statków oraz punkt załadunkowy drewna sosnowego z ponad 30 własnymi
jednostkami morskimi. Obecnie niewiele pozostało z tamtych lat. Dzisiaj zatoka
jest domem dla rybaków i ludzi szukających rozrywki na wodzie.
Władze miasta dokładają starań, aby nie zakłócać dawnej atmosfery miasteczka.
Nie znajdziemy tutaj bilbordów czy neonów. W centrum Wiscasset znaleźć można
pięć muzeów, kilkanaście sklepów z antykami, trzy drewniane kościoły ze
strzelistymi wieżami i dwie galerie obrazów. Czas zatrzymał się tutaj
kilkadziesiąt lat temu. Miasteczko uznane zostało najlepiej zachowaną osadą
typową dla Nowej Anglii oraz widnieje na liście National Register jako zabytek
amerykańskiej kultury. Drewniane, majestatyczne wille kapitańskie wybudowane w
XVIII w. i na początku XIX w. na ulicy High wraz z wielkimi drzewami
pamiętającymi dawne czasy tworzą unikalny klimat. Przyjeżdżających ludzi wita
napis "Welcom to Wiscasset the prettiest village in Maine". Ja
przeżyłem tutaj 4 fascynujące miesiące. Dlaczego? Bo nie brakowało tutaj miłych
i interesujących ludzi, znalazłem kilka dzikich miejsc gdzie cywilizacja ludzka
nie wywarła jeszcze swojego piętna.
Większą część czasu spędzałem w pracy, w jednym z tamtejszych muzeów
prezentującym pokaźny zbiór pięknych pozytywek. Zwiedzanie było niezwykłe.
Uczestnik nie tylko oglądał eksponaty i słuchał historii mniej lub bardziej
prawdziwych, lecz sam mógł cieszyć się muzyką płynącą z muzealnych sprzętów. Po
prezentacji zapraszano gości do sklepu gdzie mogli rozpocząć własną kolekcję
pozytywek. Wybór szeroki od małych szkatułek do drewnianych pudełek (popularne
wykonane przez górali z Tatr) z mechanizmami grającymi 2 lub 3 fragmenty
utworów. Polskich akcentów w muzeum nie brakowało. Ceniony w Ameryce Paderewski
ze swoim Menuetem, był szlagierem granym przez automatyczne pianino Ampico
podczas prezentacji. Popularnym motywem w pozytywkach był Polonez Chopina znany
przez Amerykanów pod tytułem "Till end of time".
Lato w Maine jest bardzo podobne do polskiego. Temperatury powyżej 300 C uznaje
się za wysokie i z reguły nie trwają dłużej jak dwa tygodnie w sezonie.
Zdarzają się dni o wielkiej wilgotności, lecz i one są rzadkością. Temperatura
wody w oceanie i zatokach jest nie wysoka, a to za sprawą zimnego prądu
morskiego Golfstromu. Wybrzeże skaliste, brak piaszczystych plaż oraz niewysoka
temperatura wody ,a zdarza się, że liczba turystów przewyższa liczbę
mieszkańców całego stanu. Atrakcją tutaj jest świetnie zachowana przyroda, oraz
dobrze rozwinięta baza turystyczna. Nikt nie może przegapić okazji
przepłynięcia się żaglowcem wokół wielu wysp. W jednym z periodyków
skierowanych do turystów można przeczytać "...aby poznać Maine trzeba
zobaczyć ląd ten z perspektywy łodzi". Miałem okazję uczestniczyć w
krótkim dwu godzinnym rejsie żaglowcem między skalnymi wyspami zamieszkiwanymi
przez ptactwo morskie. Wiele starych latarni morskich, zdaje się mówić o
trudnościach w żegludze po tych akwenach, one też stają się punktem
zainteresowania turystów. Moja ulubiona znajdowała się na cyplu zwanym
Pemeqiut. Nazwa ta była jedną z nielicznych pozostałości po rodzimych
mieszkańcach tej ziemi, czyli Indianach. Latarnia położna tuż nad skalnym
wybrzeżem, wysoka, z budynkiem mieszkalnym tworzyła biały kompleks ostrzegający
ludzi morza. Tam właśnie, po raz pierwszy zobaczyłem z bliska ocean. Wielki huk
fal roztrzaskujących się o skalne wybrzeże - niezapomniana chwila.
Któż nie marzy o tym, aby zobaczyć wieloryby w ich naturalnym środowisku. Tutaj
można wybrać statek, którym chce się płynąć, a właściciel da gwarancję zwrotu
pieniędzy w razie fiaska wyprawy. Aby zobaczyć wieloryby trzeba wypłynąć poza
pas wysp. Intuicja kapitana i osoby objaśniającej zachowania tych wielkich
ssaków pozwalają nam zobaczyć niejednego wieloryba. Wynurzają się co 5-7 min,
aby zaczerpnąć powietrza i dalej żerować. Każdorazowe wynurzenie ssaka witane
jest okrzykami radości turystów.
Impulsem do wypraw rowerowych stał się magazyn propagujący zalety turystyczne
regionu Down East. Jedna z tras tam opisanych rozpoczynała się w Wiscasset. W
dzień wolny od pracy postanowiłem odbyć tę trasę. Leśna trasa wiodła
spokojnymi, cichymi drogami pagórkowatego terenu. Gdyby nie sportowy
przystosowany do jazdy szosami rower nie raz musiałbym podać się i prowadzić
rower przy pokonywaniu większych wzniesień. Dzięki tym wyprawom odwiedziłem
kilka małych wiosek jakże różnych od naszych polskich. Na biało pomalowane
domy, wielkie trawniki z nienagannie przystrzyżoną trawą, kwiaty, ciekawie
przystrzyżone krzewy oraz dekoracje ze starych rolniczych sprzętów.
Zastanawiałem się gdzie są prawdziwe amerykańskie farmy? Podczas pierwszej
wyprawy trafiłem na przydrożną polanę otoczoną lasem. Znajdowało się tam kilka
żelaznych figur. Pierwszy Don Kichot na koniu z kołami zamiast nóg. Tuż obok
dwa miecze pokaźnych rozmiarów, przywołały skojarzenia z historią Polski.
Jeszcze kilka dziwnych maszyn, których zastosowania nie mogłem się domyśleć.
Wszystko ustawione na postumentach, pokryte rdzą, lecz trwa na ścieżce
prowadzącej do nich przystrzyżona. Żadnej posesji w pobliżu tylko ustawiona
typowa amerykańska skrzynka na listy, a na niej wielki napis MAJOROWICZ. Tak,
tak to nasz rodak. Informacje potwierdziła sprzedawczyni najbliższego sklepu
gdzie wpadłem wielce spragniony i w ojczystym języku porosiłem o coś do picia.
Obcokrajowcy zawsze wywołują zainteresowanie, więc spędziłem kilka minut na
rozmowie o polskich emigrantach w tych stronach. I tak prawie każda rowerowa
wycieczka dostarczała mi nowych wrażeń.
Wspomnę jeszcze publiczną czytelnię w Wiscasset, która przez te miesiące
stanowiła moje okno na świat. Było tam ogólnie dostępne stanowisko komputerowe
z możliwością korzystania z internetu. Sama biblioteka fenomenalnie wyposażona:
książki, gazety i czasopisma - chyba wszystko co Amerykanin chciałby przeczytać..
Przeogromna ilość woluminów spowodowała, że poniosła mnie fantazja i
rozglądałem się za jakimś polskim tytułem. Dodatkowo wypożyczalnia kaset video
i audio, a najwyższe piętro przeznaczone na starodruki. Nic dziwnego że na
otwarcie biblioteki zawsze ktoś oczekiwał. Uwagę zwraca ogólnie panujący
porządek i wielka kultura panująca w ruchu drogowym. Dla tych, którzy cenią
sobie spokój, piękno przyrody życzliwość ludzi ,stan Maine wydaje się być
idealnym miejscem do wypoczynku. Wszystkim studentom polecam skorzystanie z
programu "Work & Travel", dzięki któremu miałem szansę zobaczenia
Ameryki.
Autorem niniejszego tekstu oraz załączonych
zdjęć jest: Maciej Jasek
Strona utworzona dnia 24-11-1999