Nowy York odwiedziłem 3-krotnie podczas mojego pobytu w USA, lecz łączny czas jaki spędziłem w tym mieście nie przekroczył 48 godzin.
No.1 22.06.1999
Już po północy zbliżamy się do serca Ameryki - Nowego Yorku. Nasz samolot ląduje niestety nawet nie w stanie Nowy York, lecz w mieście Newark stanu New Yersey. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego faktu. Po szybkiej odprawie na lotnisku (samolot nasz opóźnił się 6 godz i byliśmy ostatnimi pasażerami odprawionymi tej nocy) z racji wyjazdu zorganizowanego - Work & Travel oczekiwał na nas autobus, który zawiózł nas do centrum New Yorku. Pamiętam pilne wypatrywanie wieżowców Manhattanu, szczególnie dobrze wszystkim znanych dwóch wież, w których mieści się Światowe Centrum Handlu. Przejazd przez płatne tunele, wielokrotnie już widziane na filmach, ulice Manhattanu, pierwszych nowojorczyków widzianych z okna autobusu, wysokie zabudowania. Wiele się nie działo. Dopiero rankiem następnego dnia, gdy odsunąłem roletę w moim pokoju na Amsteram Ave ujrzałem tętnice życiem miasto, hałasy ulicy. Jak najszybciej pragnąłem znaleźć się w tłumie spieszący się ludzi i zacząć poznawać miasto. Około południa utworzyliśmy Polską grupę ds. penetracji Nowego Yorku. Jedziemy metrem na cypel Manhattanu, aby zobaczyć Statuę. Metro najpopularniejszy środek transportu, wita miłym uczuciem chłodu a w środku ludzka mieszanka kulturowa. W wagoniku znajduję nawet napis w języku polskim "ucz się języka angielskiego" na ogłoszeniu reklamowym. Wychodzimy z podziemia - pełno turystów spieszących na prom w kierunku wsypy ze Statuą. Na ulicy rozgrywa się raczej typowa sytuacja - kłótnia podenerwowanych kierowców, padają ostre słowa, niecenzuralne gesty, zakończenie to na szczęście tylko pisk opon, odjechali nie użyli pistoletów. Zaczynam czuć atmosferę tej wielkiej metropolii.
Statua Wolności to trzeba zobaczyć i owszem widziałem, z nabrzeża Long Island, malutką z wyciągniętą dłonią ...
Czerwcowe słońce na otwartej przestrzeni praży niemiłosiernie, dobrze że jesteśmy w pobliżu parku jakich wiele w tym mieście. Zacienione ławeczki, drzewa i trawniki, dziwić może takie miejsce, ale i tu ludzie potrzebują odrobiny spokoju.
Trafiamy na Wall Street, mijają nas ludzie ubrani w eleganckie garnitury śpieszący się by zdążyć na lunch lub spotkanie biznesowe. Zauważyć można również turystów oraz koczujących gdzie niegdzie ludzi bezdomnych.
Prawdziwe życie tej finansowej ulicy zasłaniają mury wieżowców, jeśli wzrok mógłby je przeniknąć, poznałaby prawdziwą cząstkę życia i pracy w centrum finansowym świata. Zadziwiające jak blisko znajduje się chińska dzielnica China Town, zaledwie 30 min spaceru najpierw wzdłuż wybrzeża aby przyjrzeć się innym Nowojorskim gigantom - mostom. Łączą one Manahatan z Broklinem stąd nazwy Brokliniński i Manhatański. Wracając do China Town, napisy w językach dalekiego wschodu przewaga ludności żółtej to znak że trafiliśmy. China Town to też wiele sklepików z przeróżnymi rzeczami zaczynając na warzywach i owocach w oszałamiającej różnorodności poprzez przeróżne morskie stworzenia, skończywszy na zegarkach i ciuchach. Nie brakowało kramów na kołkach z których to sprzedawano tutejsze potrawy, zapachy wypełniały całe ulice.
W poszukiwaniu wytchnienia od słońca, najlepiej było wrócić do lasu stworzonego przez drapacze chmur. Odnaleźć drogę do The Word Trade Center wcale nie jest łatwo, w gęstwinie wieżowców łatwo zgubić kierunek. Ekskluzywna budowla światowego centrum handlu przyciąga rzesze turystów. Aby skorzystać z windy, która kursuje na 100 piętro trzeba stać w kolejce jak u nas za nie tak odległych czasów. Na wielkim dziedzińcu nieoblegana ławka stała się naszym miejscem chwilowego wytchnienia. Dalej spacer wzdłuż Brodawayu. Widziałem szczura, tak to mi utkwiło w pamięci. Biedaczek skakał po kracie przykrywającej linie metra, otoczony zgrają gapiów jakby odgrywał jakąś ważną rolę w jednym z brodwajowskich teatrów. Rzędem poustawiane worki ze śmieciami, kartony, ale oczywiście pasowało to do tej specyficznej ulicy. Zdarza się mały cud, wśród rzeczy niechcianych przez jeden z salonów muzycznych znalazł się album - dwie oryginalne czarne płyty zespołu Genesis tytuł Lamb lies down on Brodway, której to nośnik magnetyczny (jako jeden z trzech) zabrałem ze sobą do USA. Wziąłem, lecz aby zrobić sobie z nim zdjęcie na tle neonu firmy, która go wydała.
Wspomnę jeszcze o ważnej rzeczy czyli przeróżnych sklepach, a raczej salonach jakie znajdują się na tej ulicy. Zaskakują różnorodnością oferowanych towarów, znaleźć można tutaj wszystko kwestia tylko czasu aby odszukać odpowiedni sklep, a później towar. Time Square - nic specjalnego, troszkę neonów, kolorowych światełek. W pamięci utkwiła mi reklama tam zamieszczona -wody mineralnej o swojsko brzmiącej nazwie Poland Spring Water - czyżbym już tęsknił za krajem?. Powrót metrem, w którym zaczynam się czuć mniej obco, przecież wszyscy tu pasują nikt się nie wyróżnia.
No 2. Polska dzielnica Greenpiont, istniej i nie potrzeba tutaj znać języka angielskiego, polski w zupełności wystarczy, aby zrobić zakupy, znaleźć pracę, porozmawiać z ludźmi. Miejsce te znajduje się o dwadzieścia kilka minut jazdy metrem od centrum Manhatanu. W sklepach polskie towary, styl obsługi jak w Polsce przed wkroczeniem Balcerowicza, zresztą i sam wygląd sklepu różni tylko to, że towarów jest tam pod dostatkiem. W środku chyba tylko Polacy, ja zakupiłem kilka polskich towarów i pragnąłem jak najszybciej opuścić to miejsce. Przy kiosku z gazetami murzyn poprosił o wskazanie najbardziej poczytnej gazety w języku polskim - miał problem bo było kilka tytułów. Zszedłem do metra, pragnąc upewnić się o właściwym kierunku mojej dalszej podróżny zagadnąłem w języku angielskim dziewczynę , która po chwili milczenia odpowiedziała: "Tak na Qeens to w tę stronę" - nie musiałem tłumaczyć. Zrobiło mi się żal, że po 4 miesięcznym pobycie poza ojczyzną, ten skrawek nowojorskiej rzeczywistości totalnie nie przypadł mi do gustu. Wolę prawdziwą Polskę!
No 3. Ostatnie widzenie tegoż miasta miałem przygotowane - chciałem zobaczyć V aleję. Śniadanie jak przystało na kulturę amerykańską w Mc Donaldzie, nieopodal dworca autobusowego Bus Autority Station, z którego przybyłem. Krótki spacer i już jestem na miejscu czyli V alei. Strasznie tłoczno, pełno ekskluzywnych sklepów, ludzie też wyglądają inaczej niż na prowincji stanów- elegancko. Rocefeler Plaza kilka proporczyków, złoty ... w pobliżu biała tafla lodu, na której kilku łyżwiarzy doskonali swe umiejętności. Co chwilę rozbłyskają flesze utrwalające ludzi w tym wartym ? zobaczeniu miejscu. Mnie zatkało gdy zobaczyłem katedrę św. Patryka - olbrzymia, ale za plecami dosłownie o metr ma jeszcze większy biurowiec. Udaję się do środka. Wielka przestrzeń jakże inny świat niż ten na zewnątrz - wielkie witraże, rząd monitorów ułatwiający śledzenie obrzędów. Tak zaskakujące połączenie, lecz tak właśnie jest Ameryka. Odprawiana była uroczysta msza. Było trochę ludzi. Na koniec gdy już poznałem cały 1 promil Nowego Yorku kieruję się do Empire State Building - na tej samej ulicy, a raczej alei. Udaje mi się go minąć. Dobrze że znałem numer, dlatego dość wcześnie spostrzegłem swój błąd. Ustawiam się w wężyku aby nabyć bilet. Za mną w kolejce Anglicy, w windzie prawie sami Niemcy, a na szczycie zawiązuje znajomość z Nowojorczykiem i Kanadyjką z Toronto.
Widok z góry pozwala mi zorientować się troszkę w topografii -tam Word Trade Center i malusieńka statua z innej strony widać fabryki Brooklinu, 3 kierunek to inny stan New Yersey i czwarta strona to widok na Central Park a dalej Bronx i Harlem. To nie koniec, chwila relaksu czyli wirtualna podróż statkiem kosmicznym poprzez ulice Nowego Yorku - i czas wracać. Mijam zgrupowanie ludzi dobrze bawiących się w oazie stworzonej przez kilka drzew i trawiaste podłoże. Idealne miejsce na lunch, rozmowy niekoniecznie o pracy - tylko parę metrów od tej ruchliwej alei.
Ostatnie spojrzenie z szybującego samolotu na miasto pozwoliło mi rozumieć skalę wielkości - niekończąca się połać terenu, rozświetlona niczym bogata choinka Bożonarodzeniowa. Jest to miasto światowe, zaskakujące, dom dla kilkunastu milionów ludzi a dla nas turystów interesujący cel podróży. Teraz czekam na powrót bo zostało jeszcze 99,999% których nie udało mi się poznać.
07.02.2000 Zielona Góra.
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ